
Zdejmuję z ramion płaszcz, Co śmierdzi wstydem, Tyle lat szedłem fałszywym powidokiem. Wódka, ta druga żona Co brała mnie siłą, Wszystko co dobre Pod szkłem się dusiło A moje córki, nastoletni strach, Bały się gości, gdy pękał nasz dach. Zamykały drzwi na wszystkie spusty, By nikt nie widział jak dom stał się pusty Żona pisała listy, Białe skrawki duszy, Wierzyła, że miłość ten beton pokruszy, Dzieci wołały: tato, Wróć do nas z tej drogi, A ja raniłem ich bose stopy Sypiąc lód pod nogi. Bez żadnej winy, tak bez powodu, Zamykałem je w klatce mojego chłodu. Dziś czytam te listy, ich atrament parzy, Widzę te rany na ich młodej twarzy. Dziesięć lat czysty, moja wiktoria, Zamiast kajdanów nowa historia, Pękły ogniwa co piły mą krew, Dziś w moich strunach inny gra śpiew. Nie piję za farta, nie piję za błędy, Nie pytam już losu, człowieku, którędy? Bez smyczy kłamstwa, bez cienia w tle. Wreszcie naprawdę widzicie mnie. Bo gdy rak przyszedł pierwszy raz Był pretekstem, Znów piłem pod strach, Pod to chore nieszczęście. Czekali w lęku, aż znowu się złamię, Że ból mi podyktuje kolejne kłamanie. Lecz terapia i bracia dali mi tarczę, Stałem trzeźwy w tej nierównej walce. Choroba nie była wymówką do picia, Stała się sensem mojego przeżycia. Wybaczcie te noce, Wybaczcie te dni, Gdy w progu stał obcy co z miłości drwił. Dziś palę te mosty co do piekła wiodły, Wasze listy to były najszczersze modlitwy. Już możecie zaprosić gości do domu, Nie musisz już płakać po kryjomu, Dziesięć lat świtu, kajdany na dnie, Wiktoria, wolność we mnie.
