
Czasem, żeby wyjść z cienia Trzeba po prostu przestać Bać się światła. Chciałabym kochać bez obawy, Że miłość moją ktoś podepcze, Że się przez chwilę mną pobawi, A potem stanę się powietrzem. Chciałabym znowu wierzyć w słowa, Kłamstw już najadłam się dość sporo, Naoglądałam się gier różnych, I bardzo dobrze wiem jak bolą. Chciałabym nadal ufać dłoniom, Dziś chowam je przed drobnym gestem, Boję się dźwięków mi nieznanych, Nie ufam pieśniom i szelestom. Schowana za kurtynę smutku, Gdzie promień słońca nie dochodzi, Sama wędruję po bezdrożach I z każdym dniem jest coraz gorzej. A przecież nie chcę stać się cieniem, Nie chcę się bać każdego dnia, Na drugie czekam przebudzenie, I na to inne czekam ja. Chcę kochać mimo swego bólu, Żeby wyjść z cienia tamtych dni. Smutkowi wcale nie chcę ulec, Radosną znowu pragnę być. Bo przecież nie chcę stać się cieniem, Nie chcę się bać każdego dnia, Na drugie czekam przebudzenie, I na to inne czekam ja. Może gdzieś czeka na mnie światło, Które rozproszy duszy lęk, Które przytuli mnie do siebie I powie cicho: nie martw się, Nie martw się.
